expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>

sobota, 7 lutego 2015

Moje przemyślenia do utworu Hoziera ;)

Witajcie!
 W ten śnieżny poranek postanowiłam tu przybyć i w końcu przedstawić moją interpretację piosenki Hoziera "Take me to church" ;)

 Wszyscy ją znamy, ale nie wszyscy kochamy. Nie którzy nie lubią teledysku, inni tekstu piosenki... Ale czy kiedykolwiek ktoś się zastanowił, o co tak naprawdę chodzi?
 Przyznam się, że ja tak na serio nie zastanawiałam się nad znaczeniem tej piosenki. Spodobał mi się głos i melodia. Te dwie rzeczy mogą na mnie zdziałać cuda. Tekst natomiast... on jest trochę mniej istotny. Mniej... Nie wiem, jak to ująć. Tekst zależy od tego, jak jest przekazany. Tu głos Hoziera jest pełen uczuć, że nie do końca można się skupić na tekście.

 Jak można wyczytać na (przykładowo) Wikipedii:
Tytuł utworu jest metaforą, dzięki której podmiot liryczny porównuje swojego kochanka do religii.W wywiadzie dla magazynu New York Hozier przyznał, że seksualność, orientacja seksualna – niezależnie od orientacji – jest po prostu naturalna. [...] Ale organizacje takie jak Kościół (...) podważają ludzkość, z powodzeniem ucząc tego, by wstydzić się swojej orientacji seksualnej – że to grzech, że to jest sprzeciw wobec Boga. Piosenka jest o uznawaniu samego siebie oraz odzyskiwaniu swojego człowieczeństwa poprzez akt miłości.
Jak dla mnie jest to dość nietypowe. Rzadko kto porusza takie tematy i się o nich wypowiada. Ja do Kościoła nic nie mam, tym bardziej, że raczej wierzę w Boga i staram się zaakceptować wszystkie jego przykazy. Nie chcę ich podważać, tym bardziej, jeśli chodzi o orientację. Nie chcę nic mówić, ale wydaje mnie się, że ten gostek nie wierzy...
 Co do teledysku, ma on takie samo znaczenie:
  Klip poruszył problem homofobii i przemocy wobec homoseksualistów, krytykował penalizację homoseksualizmu przez rosyjski rząd.
 Szczerze? Już mniej lubię tą piosenkę xD


Tak... To moja interpretacja. Lepszą tabelę, jeśli chodzi o jakość znajdziecie tu. Mam nadzieję, że nikt się nie obrazi z powodu jednego wpisu na dwóch blogach...


 Prócz tego, nie pojechałam do Zakopanego, jak miałam w planach. Jestem jedną z tych nieszczęśliwców, którym lekarz zabronił wyjeżdżać. W sytuacji obecnej - mogę iść na spacer lub do biblioteki ciepło ubrana, a wyjechać już nie... Trochę pogodziłam się już z tą moją sytuacją, ale szkoda :(
We wtorek wybieram się z Ju na pewno, a Ew jeszcze myśli, na Carte Blanche, czy tak jakoś się ten film nazywa :)
Pozdrawiam!